Anna Gudarowska: Historia EVS w Holandii

Rok spędzony na EVSie w Amsterdamie był dla mnie z założenia pełen eksperymentów i dobrej zabawy.

 

Mieszkanie i praca na jednej ze słynnych mieszkalnych łodzi w kanale miały swoje wady i zalety. Zimą często trzeba było dużego samozaparcia żeby w ogóle wyjść z domu. Brak dojazdów jednak znakomicie wydłużał dzień, średnio o ok. godzinę. Praca w organizacji żeglarskiej była również świetnie zorganizowana – chociaż pracowaliśmy po 7h dziennie, to jednak każdy mógł sobie dostosować plan dnia do własnego rytmu. Ja, jako ranny ptaszek, zaczynałam o 8, dzięki czemu byłam wolna już o 15! Meri z Finlandii wolała się za to wyspać, więc zaczynała o 11. Mieszkanie na łodzi oznaczało też, że latem w przerwie na lunch można było zażyć orzeźwiającej kąpieli!

 

W pracy dużo się nauczyłam, najwięcej z zadań typowo biurowych, ale zdarzały się też ciekawe wydarzenia, jak targi czy zloty żaglowców! Ponieważ żeglowanie od zawsze było moją pasją, bardzo chętnie dowiadywałam się, jak wygląda organizacja rejsów i eventów od wewnątrz. W pracy mieliśmy sporo swobody, wolontariusze byli zachęcani do tworzenia własnych projektów. Ja na początek podjęłam się wskrzeszenia mediów społecznościowych organizacji i muszę przyznać, że efekty były szybko widoczne. Poza tym miałam okazję odpowiadać na mejle osób zainteresowanych rejsami, opowiadać im o tym, jak to jest na morzu… czyli po prostu opowiadać o swoich ulubionych wakacjach! Byłam też „służbowo” w Antwerpii, Den Helder a nawet w Szwecji :)

 

Każdy wolontariusz miał w ramach projektu zagwarantowane dwa rejsy na żaglowcach. Tu również mi się poszczęściło, bo w sierpniu zostałam mentorką na wyprawie przez Atlantyk z grupą rdzennej młodzieży w Kanady! Pięć tygodni na statku okazało się ciężką lecz bardzo satysfakcjonującą pracą.

 

Oczywiście nie wszystko było różowe. Mieszkanie w maleńkich kabinkach i dzielenie niedużej przestrzeni wspólnej z 4 osobami bywało problematyczne, szczególnie zimą. Szybko nauczyliśmy się rozmawiać o tym, co kogo wkurzało i jak dostosować nasze zróżnicowane tryby życia. Również w pracy były wzloty i upadki, okazało się jednak, że liderka projektu była bardzo otwarta na feedback. Na pewno pomogła w tym słynna holenderska bezpośredniość, dzięki której każdemu można powiedzieć szczerze (choć grzecznie!) co się myśli, i nikt się nie obrazi. Mimo pozytywnej reakcji na sporadyczną krytykę, w wielu przypadkach nic się nie zmieniało, aż odkryłyśmy z koleżanką oczywistą oczywistość. Zaczęłyśmy bowiem wraz z krytyką przedstawiać propozycje rozwiązań problemów i – wyobraźcie sobie – bardzo szybko sprawy zaczęły się zmieniać!

 

Poza pracą też było lepiej i gorzej. Nie doceniłam jak trudno jest być w nowym miejscu, nie tylko bez przyjaciół, ale i bez punktu zaczepienia, ot tak, samotnie. W ramach wykorzystywania wyjątkowo bogatej oferty Amsterdamu uczestniczyłam w kursie wspinaczki, jodze, tańcu czy medytacji. Na szczęście organizacja dawała nam całkiem sporo pieniędzy, więc do niczego nie musiałam dopłacać. Raz w miesiącu starałam się gdzieś wyjechać, choćby do małych miejscowości oddalonych o pół godziny od Amsterdamu. Okazało się, że nawet tak blisko jest mnóstwo ciekawych miejsc, w których można fantastycznie spędzić dzień!

 

Co się tyczy strony towarzyskiej to ostatecznie odkryłam Meetup – stronę internetową, gdzie zawiązują się grupy o wspólnych zainteresowaniach, w celu spotkania w realu. Dzięki temu zaczęłam poznawać ludzi, uczestnicząc w tak fajnych wydarzeniach jak na przykład wspólne gotowanie potraw kuchni meksykańskiej, czyli warsztaty w formie imprezy :) Meetup funkcjonuje na całym świecie i polecam go każdemu, kto znajdzie się sam w nowym miejscu. Przede wszystkim jednak polecam otwartość, elastyczność i uparte wychodzenie z domu, nawet w zimowe popołudnia kiedy Netflix tak bardzo kusi!